wtorek, 1 sierpnia 2017

Jak (nie) zostać nauczycielem

Nauczyciele zaczynają szukać pracy na nowy rok szkolny zwykle pod koniec kwietnia, bo wtedy dyrektorzy sporządzają arkusze organizacyjne szkoły i wiedzą, ilu godzin potrzeba, ilu nauczycieli trzeba zwolnić, ilu zatrudnić. W wielkim uproszczeniu. I aż do września, bo czasami wtedy jeszcze się zdarzają jakieś oferty last minute.

Od kwietnia bardzo aktywnie odpowiadałem na WSZYSTKIE (no, może pomijałem tylko szkoły katolickie i specjalne) ogłoszenia o pracę, który spływały na moją skrzynkę mailową dzięki Poznańskiemu Serwisowi Oświatowemu (można tam zostawić swoje dane i za każdym razem, gdy szkoła szuka nauczyciela danej specjalności, dostaje się maila ze szczegółami). Policzyłem, do ilu powędrowało moje CV - 46. Wysłałem CV do 46 placówek. W tylu szkołach potrzebny był polonista.
Z ilu zadzwonili i zaprosili na rozmowę? Z dwóch.
  • szkoła pierwsza, jak się okazało, wcale nie znajdowała się w Poznaniu, jak napisane było w ogłoszeniu, tylko pod Poznaniem, chociaż wciąż w zasięgu aglomeracji. W takim zasięgu, że trzeba było tam dojechać najpierw pociągiem do jednej miejscowości, a tam przesiadać się na autobus, żeby być na miejscu o 8.20, a lekcje rozpoczynają się o 8.00. Wcześniejszego połączenia brak. Można też jechać samochodem. I tracić około 400 zł na paliwo. Przy 9 godzinach w tygodniu (i ewentualnych godzinach na nauczanie indywidualne w jeszcze mniejszych wsiach wokoło) okazałoby się więc, że na sam dojazd musiałbym dopłacać więcej, więc nawet tam nie pojechałem,
  • szkoła druga, godzin 21 + wychowawstwo. Całkiem przyjemnie. "Ale pan jeszcze studiuje dziennie drugi kierunek, tutaj widzę w pana CV?" "Tak, owszem, ale mam indywidualną organizację studiów i wszystko jestem w stanie sobie załatwić bez wpływu na pracę" "pewnie będzie pan chciał, żeby dopasować plan na godziny poranne przez cały tydzień?"  "tak, to bardzo by mi ułatwiło pracę i zorganizowanie" "dobrze, dziękuję, może się odezwiemy". No cóż, czekam. 
Przy tylu ofertach pracy można zacząć wyczuwać jakiś spisek. Moje CV przecież nie jest najgorsze, dyplomy ze studiów z ocenami bardzo dobrymi. No dobra, nie pracowałem jeszcze w szkole, mam za sobą jedynie obowiązkowe praktyki i dodatkowy staż z Unii Europejskiej, który też odbyłem w szkole, przy tablicy. Ale, żeby z tylu szkół nawet nie zadzwonili i nie zaprosili na rozmowę? Okazuje się, a tego dowiedziałem się od znajomej, która w szkole pracuje, że tak naprawdę, to szkoły mają obowiązek wysłania ogłoszenia do tego systemu Poznańskiego Serwisu Oświatowego. Ale o tym, że na to miejsce w szkole przeznaczona jest już znajoma/córka/kuzynka/siostra pani dyrektor, emerytka, która jeszcze chce dorobić, nauczycielka (celowo używam tylko formy żeńskiej i nie stosuję języka równościowego), która straciła pracę w innej szkole w związku z dereformą, jakoś nikt nie mówi. Ma być konkurs na stanowisko nauczyciela i koniec. Z równymi i równiejszymi. Nic to, że te starsze nauczycielki stosują jakieś stare metody nauczania (zapewne jeszcze według Urygi, któremu o nowoczesnych metodach się nawet po nocach w koszmarach nie śni) i że jeszcze analizują poezję według zasady "co autor miał na myśli", dając uczniom do zrozumienia, że tylko jedna interpretacja jest możliwa i właściwa. Przecież one mają doświadczenie!

Może zostanę jeszcze jednak przez ten rok przy swojej pracy zdalnej, na której w sumie zarabiam więcej, niż zarobiłbym nawet przy 27 godzinach pierwszego roku w szkole. I wciąż mogę wyjeżdżać do teatru/opery/na kawę/konferencję naukową do stolicy wtedy, kiedy chcę, bez składania wniosku o urlop bezpłatny, którego pewnie bym nie dostał, bo zależy od "widzi mi się" dyrektorki.

niedziela, 9 lipca 2017

Oswajanie samotności

Znowu minęło trochę czasu. Ale, że mój blog jest tylko od narzekania (co ostatnio ktoś mi nawet wypomniał :P), to na narzekanie przyszedł czas.


Dużo się działo od ostatniego wpisu. Właściwie to i dużo, i prawie nic.


Plany były piękne, miała być przeprowadzka, miały być zmiany. Wyszło, jak zwykle. Nie ma przeprowadzki, bo przyjaciółka, z którą miałem zamieszkać, dostała propozycję nie do odrzucenia i wybrała inną opcję. A w momencie, w którym piszę tę notkę, trwa parapetówka, o której dowiedziałem się właśnie przez przypadek. A podobno jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. No i prezent, który na tę okazję kupiłem, mnie też się w sumie przyda, bo kiedy była mowa ostatnio o tej imprezie, to przecież byłem pewien, że też na niej będę, więc w prezent się zaopatrzyłem wcześniej. Cóż.


Facetów nie chce mi się poznawać. To znaczy... fajnie by było mieć. Ale też z drugiej strony może nie. Zaczynam poznawać ludzi, ale kiedy ma dojść do pierwszego spotkania, to okazuje się, że jestem tak zajęty i zapracowany, że nie mam czasu przecież wyjść z domu. No, a tego samego dnia, w którym odmawiam komuś spotkania, mam to (nie)szczęście spotkać go w jakimś miejscu, do którego poszedłem. Hm. Trudno? Cóż.


Jeszcze Biolog sobie o mnie przypomniał. Wysyła mi wiadomości na temat tego, jak dobrze mu ze mną było i że chciałby do tego wrócić, bo już więcej nie pozna nikogo takiego, jak ja. I że od naszego rozstania jest sam. Dołącza do tego czasami swoje nagie zdjęcia. Nie wiem, może myśli, że się na to skuszę?

Oswajanie samotności wcale nie jest takie złe, jak mogłoby się wydawać. Lubię spędzać czas ze sobą. A spędzam go bardzo intensywnie. W samym czerwcu byłem 4 razy w teatrze, 3 razy w operze, na dwóch koncertach klasycznych i na koncercie Coldplay. Nawet prosto po wyjściu z pociągu z Warszawy, w której byłem w teatrze, od razu w Poznaniu szedłem na następny spektakl. No i jeszcze sesja pomiędzy tym wszystkim była. Bycie singlem ma swoje plusy, wszystkie zachcianki spełnia się samemu. Właśnie wtedy, kiedy się chce i jak się chce. Bez patrzenia na to, że ten drugi nie da rady/nie pasuje mu/nie chce/nie może. Zosia Samosia.
Mam swój komputer, swoje seriale, swoją muzykę, swoje gry, swoje wyjazdy, swoje teatry i opery, koncerty. Mam swoją pracę, swoje pieniądze, na które nie narzekam. Mam swoje sukcesy, swoje konferencje, publikacje i odkrycia. Mam siebie. I tak chyba już będzie zawsze.

W Irlandii nawet byłem. Pięknie tam. I ludzie jacyś... inni. Mili, pomocni, uśmiechnięci. Bez syndromu "Polish face".

Tak, tak, zdjęcie robiłem sam. Gdzieś pomiędzy Portmarnock a Malahide.

Zaczęły się wakacje, kolejna sesja zakończona średnią 5.0. Dwie punktowane publikacje muzykologiczne w drodze. Recenzje moje nawet ostatnio się zaczęły ukazywać. A wakacje spędzam w pracy, w niej też odnoszę sukcesy. I zaszywam się w archiwum, bo macanie starych nut pozwala odetchnąć i uciec. Cóż.


Wracam. Do siebie. 

niedziela, 26 marca 2017

Niemiłość

- A gdybym, tak, jak bohaterka filmu, powiedział ci, że po tym długim czasie naszego stałego spotykania się, po prostu się w tobie zakochałem i właśnie chciałbym cię pocałować?
- Buahahahaha, nie rozśmieszaj mnie. Lepiej oglądaj dalej ten film. Chcesz cukierka?


środa, 22 marca 2017

25

Jak wiadomo, wczoraj był pierwszy dzień wiosny. Przynajmniej tej kalendarzowej, bo równonoc wiosenna w tym roku (i podobno ma tak być już do roku 2102) przypadła dzień wcześniej, czyli 20 marca. No ale nic te astronomiczne dywagacje.

21 marca Wiosenny Chłopiec skończył lat 25. A może raczej wiosen tyle.

Fajnie było. Zorganizowałem niespodziankowe przyjęcie urodzinowe dla trzech moich przyjaciół. Podając tylko miejsce i godzinę spotkania, do samego końca trzymałem ich w niepewności co do tego, co będziemy robić. A poszliśmy po prostu na bowling. Ostatni raz byłem na czymś takim w 4 klasie podstawówki. A to... No już dawno dość było. Wszyscy przeżyli, nikt nadgarstka nie nadwyrężył, pizza wszystkim smakowała. A ja nawet nie byłem ostatni w dwóch grach.

Potem jeszcze skoczyliśmy do naszej ulubionej miejscówki na kilka fancy drinków w słoikach.
Fajnie było. Kolana mi zmiękły.

Szkoda, że moje urodziny przyćmione zostały całym wieczorem opowiadań na temat zaręczyn przyjaciółki, które miały miejsce dzień wcześniej. Nie no, cieszę się, miłość, ślub, rodzina, pierścionek, te sprawy. W drodze na kręgielnię spotkaliśmy całą czwórką byłego, Biologa, ze swoją koleżanką, którą wciąż wkręca w to, że jest hetero. Aż dziw, że za rękę nie szli. Udawał, że mnie nie zna, odwrócił głowę w bok, dostałem od niego z bara, choć kilka dni wcześniej jakoś ze sobą pisaliśmy o jakichś pierdołach. Pociąg, którym tego dnia jechałem, spóźnił się 90 minut.
Fajnie było.

Ten dzień już zawsze przeklęty.

niedziela, 5 marca 2017

Frajer

Tak, tak, ten frajer z tytułu to ja.

Zawsze wydawało mi się, że jestem dobrym człowiekiem. Angażuję się, troszczę, interesuję. Kochany jestem do bólu. W ogień skoczę, wszystko poświęcę, żeby tylko komuś było dobrze. No i co z tego? Potem kończę z załamaniem nerwowym, sercem wyskakującym z klatki piersiowej, zdechłymi motylami w brzuchu i mokrą poduszką, bo to wszystko na nic.

Znowu dałem się nabrać.

Nie, to nie. Jeb się. Znajdź sobie takiego samego chuja, jak ten poprzedni. Niech Cię zdradzi w trójkącie, jak ten poprzedni.

Chyba nadszedł czas na to, żeby wreszcie się otrząsnąć. Przestać być naiwnym Wiosennym Chłopcem, ostatnią ostoją nadziei, a zacząć być zgorzkniałym chujem. Może tak będzie łatwiej.

niedziela, 26 lutego 2017

To nie była randka

- Dzięki za to wspólne wyjście do teatru, bardzo mi się podobało. Mam nadzieję na więcej takich kumpelskich wieczorów.
- Ciesze się, że Ci się podobało. Ale... kumpelskich?
- No tak, mam nadzieję, że nie traktowałeś tego jako randki i tak o tym nie myślałeś.
- Nie, nie myślałem...
- No to dobrze. :)


Czyli kiedy idziesz na randkę z obiadem w restauracji i wizytą w teatrze, a po wszystkim okazuje się, że to wcale nie była randka, tylko kumpelskie wyjście, które może się jeszcze powtórzyć.

Od grudnia siedziałem w domu, z nikim nawet nie zamieniając słowa. Trzeba było się ruszać spod ciepłej, wygodnej i komfortowej kołdry? Przecież ja nic nie czuję, nic nie myślę. Pustka, zero, null. 

Chyba naprawdę zaczynam myśleć, że jestem jakimś paszczurem i pozostał mi tylko seks w publicznym kiblu, a mrzonki o romantycznych randkach i związkach trzeba wstawić między bajki.

środa, 21 grudnia 2016

Randka?

Wybrałem się dzisiaj na randkę. Na ostatniej byłem podczas mojego epizodu z szukaniem miłości w Warszawie, trochę czasu więc już minęło. Pomyślałem sobie: co mi szkodzi? Niby miałem się nie umawiać, ale dobra kawa nie jest zła, a rozmowa zawsze może wyjść na dobre. Skoro facet, nawet dość przystojny i wydawałoby się, że w miarę ogarnięty, wysyła do mnie wiadomość i zaprasza na kawę, to stwierdziłem, że w sumie spoko. Mogę iść. Co ciekawe - napisał do mnie kilka dni temu, ale że przez więcej niż tydzień nie wchodziłem na portal, na którym do mnie napisał, a wszedłem tam teraz tylko po to, żeby to konto zablokować i przez o wiele dłuższy czas się tam nie pojawiać, to mogło się to okazać dobrym znakiem.

Chciał szybko, już i teraz, bo jestem taki interesujący, mam powalający opis i świetne zdjęcia. Mieliśmy się umówić przed 19, a o 20.30 miał mieć wizytę u fryzjera.
- No to może wypijemy kawę, ja cię do tego fryzjera odprowadzę i sam też wrócę do domu?
- Jak chcesz, to możesz iść nawet ze mną, to mój kolega, poczekasz chwilę.

Nadeszło miejsce i czas spotkania. Zamiast "cześć", pada pierwsze zdanie:
- wiesz co, bo teraz ten Kuba do mnie napisał, że mam być o 19.30 u niego i on mnie obetnie.
Myślę sobie, że dobrze, no zdarza się, moje plany też często się zmieniają w ostatniej chwili. Idziemy więc w stronę tego fryzjera. Okazuje się jednak, że ten fryzjer nie przyjmuje w salonie. Przyjmuje u siebie w domu. Po półgodzinnym spacerze uliczkami Poznania wokół Starego Rynku i bardzo przyjemnej rozmowie, dochodzimy wreszcie do miejsca, w którym znajduje się mieszkanie fryzjera. Rozmowa przed bramą wejściową do jednej z kamienic:
- No wiesz co, to ja cię tutaj zostawię i idę do tego Kuby. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy i będziemy w kontakcie. Sorry, że tak wyszło.
- Ee... No... Nie ma sprawy.
-  No to cześć.
- Cześć.

Przez chwilę stałem przed tą bramą i zastanawiałem się, co tak właściwie się tam wydarzyło. A potem po prostu odwróciłem się na pięcie i wróciłem do domu.