poniedziałek, 14 września 2015

Punkt wyjścia

Odpowiem na komentarz z poprzedniego posta: nie, Sansenoiu, nie zasługuję na odrobinę spokoju i szczęścia.

Miesiąc wyjęty z życia.
K. napisał, że niczego nie poczuł, że nie zaskoczyło. Że zaprosił mnie do siebie, bo miał nadzieję, że zaskoczy, że coś poczuje, ale się nie udało. Dlatego nie spotka się ze mną więcej, bo po jakimś czasie któreś z nas zaczęłoby się męczyć: ja, ponieważ zauważyłbym, że K. nie angażuje się tak, jakbym tego chciał, on, ponieważ nie mógłby powiedzieć niczego więcej ponad to, że mnie lubi, nie mógłby tego przeskoczyć.

Jest mi cholernie przykro, bo K. cały czas sprawiał wrażenie, że jednak też mu zależy, że chce ze mną być, że chce spróbować. Był takim facetem, jakiego właśnie szukałem.

Po co były te wszystkie gesty, słowa, emocje, pieszczoty podczas ostatniego spotkania? Doskonale już wtedy wiedział, że nic z tego nie będzie, do czego też właśnie się przyznał.

Cóż, ślepa uliczka.
Znowu.


3 komentarze:

  1. ech...
    skąd ja to znam ?

    po prostu przekonuje się, że ciotki same nie wiedzą czego chcą...

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mi przykro. Trzymaj się

    OdpowiedzUsuń
  3. Lecz ja się z tym nie zgadzam. Każdy zasługuje na odrobinę spokoju i szczęścia. Nie można się tak po prostu poddawać. Głowa do góry, bo chodząc ze spuszczoną głową można przegapić całe piękno otaczającego świata. Nigdy nie wiemy, kiedy nasze szczęście (ten rycerz na białym koniu) będzie przechodzić obok...
    Jak nie K. to będzie ktoś inny, ktoś kto zasłużył.

    OdpowiedzUsuń