poniedziałek, 25 sierpnia 2014

3:34

Nie oglądam telewizji. Telewizor jest jednym z najmniej potrzebnych przedmiotów w domu.
Dobra, nie liczę wszelkich faktów/wiadomości, które lecą akurat w porze wspólnych posiłków w pokoju, w którym to pudło się znajduję.

Ale w piątek siedziałem sam w domu. Czytałem, jak zwykle. Kiedy muzyka zaczęła mi już dokuczać, a słuchawki zbyt mocno ściskały mi uszy, stwierdziłem, że przeniosę się z książką do pokoju, w którym jest telewizor. Myślałem, że włączę sobie telewizję gdzieś tam w tle, żeby cokolwiek gadało, a ja się położę na kanapie i będę czytać dalej. Tak też zrobiłem, ale natrafiłem na jakiś kanał sportowy. A do sportu mam tam stosunek taki, jak do zeszłorocznego śniegu. Akurat były jakieś tam mistrzostwa w synchronicznych skokach do wody mężczyzn z trzymetrowej trampoliny. Trudno było spuścić wzrok i skupić się na książce. Trudno nawet było skupić wzrok na tych idealnie wyrzeźbionych ciałach skoczków i ich dość skąpych kąpielówkach, które wszystko odkrywały, a po każdym skoku obniżały się do połowy pośladków, co kamery chętnie pokazywały.
Po pół godziny oglądania umiałem już nie tylko wystawiać wysokie noty za te cudowne ciała i zawartość majtek, ale też nauczyłem się oceniać te wszystkie skoki, których jest aż pięć rodzajów.
Gdybym miał takie ciało, chyba stałbym przez cały dzień przed lustrem i się podziwiał. Sylwetka atletyczna, z tylko lekko zaznaczonymi mięśniami. Dobra, kończę.

A dzisiejszą (wczorajszą?) noc spędziłem na oglądaniu krótkometrażowych filmów. Uwielbiam filmy krótkometrażowe. Mają taki klimat, który trudno osiągnąć w tradycyjnych filmach. Szybko trafiłem na gejowskie filmy krótkometrażowe (na YT bardzo łatwo się zgubić). A ulubiony i najbardziej wzruszający wstawiam tutaj.


Kiedy skończyłem swój maraton, była 3:34, chociaż w ogóle nie miałem ochoty spać.

środa, 20 sierpnia 2014

Will you marry me?

Tak, cały wieczór siedzę i oglądam na yt filmiki z różnych gejowskich zaręczyn, ślubów i wesel. Niektóre są do niczego, ale inne są zrobione w tak fenomenalny sposób, że aż mnie wzruszają.
Siedzę więc sobie cały wzruszony i oglądam dalej.

Ostatnio myślę, że mam depresję. Może ktoś musiałby się tym zająć.
Pomaga mi w tym Chopin i jego nokturny.

Ten najbardziej:






Ale nie tylko ten. I nie tylko Chopin.


PS Mój klej jest za słaby. Muszę zacząć zaopatrywać się w innym sklepie.

sobota, 16 sierpnia 2014

Klei się, klei

Od początku wakacji biegałem z O. To znaczy biegaliśmy już wcześniej, ale od wakacji mieliśmy się za to wziąć na poważnie. Ona znalazła jakiś tam plan treningowy, który realizowaliśmy i szło nam nawet całkiem dobrze. Ale potem jakoś się rozlazło, O. nie miała czasu, a mnie samemu się nie chciało.
Postanowiłem więc wrócić do biegania sam. Z racji przerwy, która nastąpiła, cofnąłem się o jeden tydzień tego planu. No i zostawiłem dziś całą zawartość żołądka na polu przy drodze rowerowej, którą biegamy. Nie wiem, czy to wina tej przerwy, czy tego, że wybrałem zły dzień na bieganie, czy może w ogóle to znaczy, że bieganie nie jest dla mnie. Cóż.

Kilka dni temu poznałem kogoś. Po raz pierwszy poznałem na tym zasranym portalu kogoś, z kim mam ochotę pisać. I to na dodatek sam się do mnie odezwał.
Pierwszy raz wymieniam z kimś tak długie wiadomości. Na moim 19 calowym monitorze muszę je przewijać, bo nie mieszczą się w całości na ekranie. Porównaliśmy to już do pisania listów. To zupełnie coś nowego i przyznam szczerze, jestem zafascynowany! K. jest niezwykle mądrą osobą, pisze w tak poprawny sposób, że rozjeżdżają mi się nogi. No i nie piszemy pierdołach. Przez to, że te wiadomości są tak długie (najdłuższa miała  10102 znaki, czyli 1856 wyrazów - właśnie sprawdziłem), wymieniamy ich tylko kilka dziennie, więc co chwilę sprawdzam, czy napisał już kolejną. Widzę, że on też chyba sprawdza, bo loguje się co kilkanaście, kilkadziesiąt minut i jest tam tylko przez chwilę, po czym znika.

Mamy wiele podobnych poglądów, podobne zainteresowania. Nie wiem jeszcze, jak wygląda, bo ma na fellow zdjęcie, na którym widać tylko podbródek, a jakoś nie mam odwagi prosić o więcej.
No dobra, tylko oficjalnie nie wiem, jak wygląda. Poznałem już tyle szczegółów z jego życia, że z łatwością znalazłem go na fb, gdzie ma swoje zdjęcie. Wstyd się do tego przyznawać, ale, co jak co, w internetowym stalkowaniu ludzi jestem dość dobry.

A teraz sam za siebie trzymam kciuki, żeby te wiadomości nie skończyły się za chwilę, jak to zwykle tam bywa i do czego już się przyzwyczaiłem.

A na koniec pozytywna piosenka, której ostatnio słucham.


środa, 6 sierpnia 2014

Miasto samobójców

Moje miasto nazywane jest czasami miastem samobójców. Nie bez powodu.
Jest tu takie jedno urocze miejsce, w którym średnio raz na dwa - trzy miesące ktoś ginie. Niby jest w centrum miasta, ale niby na uboczu. Między najstarszą częścią cmentarza a działkami rekreacyjnymi. Trochę tu drzew, bagna, płynie rzeczka, cisza, spokój, słychać ptaki, czasami dochodzi dźwięk ludzi z pobliskiego basenu letniego. Jest też mostek, na którym zbiera się młodzież i czasem pije. Ale ogólnie to miejsce puste, czasami tylko ktoś tu przejdzie, wybierając drogę na skróty do swojego ogródka. No i są tory. Tory relacji Poznań - Szczecin, więc pociągi jeżdżą tu co chwilę. 


Kilka dni temu kolejna dziewczyna odebrała tu sobie życie. Po prostu położyła się na torach i czekała, podczas gdy jej rodzina rozpalała grilla na swojej działce niedaleko tych torów. Dzień po tym jej chłopak próbował się powiesić, ale go uratowali i teraz przebywa na leczeniu w szpitalu. 
Miasteczko w takich sytuacjach zawsze wybucha i aż huczy od plotek. Wszyscy wiedzą dlaczego, jak, po co, kto widział, kto nic nie zrobił. I od razu wszyscy znają szczegóły z życia tej osoby. Była taka owaka, robiła to, tamto...


Właśnie siedzę w tym miejscu. Zabrałem swoją ulubioną książkę, czytam ją chyba 10 raz. Mam też ze sobą słuchawki, które grają moją długą playlistę ze Spotify. 


Musiałem wyjść z domu. Nie wiedziałem, dokąd iść, więc przyszedłem tutaj. Pokłóciłem się z mamą, do której nic nie dociera. Nawet wizja mieszkania na ulicy, która jest tuż za rogiem. Po prostu wie lepiej i nic do niej nie przemawia. 
A ja już nie mam siły myśleć o tym każdej nocy. Nie mam siły nie spać do 4 nad ranem, bo myśli i narastające zdenerwowanie mi na to nie pozwalają. 
Nawet porozmawiać nie mam z kim. Jedyną osobą był M. Ale M. już nie ma. I nie będzie. I chyba nigdy go nie było. Moja najlepsza przyjaciółka, O., też ma mnie od jakiegoś czasu w dupie, nawet się nie odezwie, a na moje wiadomości odpisuje po kilku dniach, chociaż ciągle jest on-line. 


Wróciłem też na fellow. Z nadzieją, że może tym razem... Ale nie. Też nie. Kilka wysłanych wiadomości, zero odpowiedzi. To tylko dlatego, że mam swoje zdjęcie. Jakoś wszyscy odpisywali, gdy zdjęcia nie miałem. Przestawali pisać, gdy podawałem hasło. Dlatego właśnie ludzie nie chcą się pokazywać. Dlatego nie wstawiają swoich zdjęć. To najzwyczajniej w świecie boli. Zwłaszcza, gdy dzieje się za każdym razem. 


Wciąż tu siedzę. Nie chcę wracać. I chcę już wyjść. Chcę wysiąść. Chcę być wolny.