niedziela, 10 grudnia 2017

Emocje górą

Mój największy problem polega na tym, że nie potrafię oddzielić swoich emocji od całej reszty życia. I gdy tylko coś dzieje się nie tak, to od razu mnie to paraliżuje. Serce bije szybciej, czuję ucisk w klatce piersiowej, nie mogę się na niczym skupić, tylko cały czas roztrząsam ten dany problem, przez co czuję się jak zombie. Tak właśnie spędzam czas od piątku. Nie robię nic. Najlepszym rozwiązaniem jest drzemka, ale ta zbyt szybko się kończy, a ten stan wyrywania mi serca z klatki piersiowej znowu wraca i wszystko rozwala. Za chwilę wychodzę z domu, żeby oddać się jednej z rozrywek, którą najbardziej lubię. Ale idę tam sam (zresztą większość nadchodzących wydarzeń będę pewnie spędzać sam, chociaż mogłoby być inaczej, potrzeba jedynie odrobiny własnej woli i zaangażowania. No, może jeszcze odwagi). Nie mam nawet ochoty wystawiać małego palca od nogi spod koca, bo wiem, że ten wieczór będzie beznadziejny.

Ale kiedy tak bardzo mi na czymś zależy, to nie mogę się po prostu powstrzymać przed tym, co się dzieje. Przed tym, co czuję (a czuję już teraz bardzo dużo i byłbym nawet gotów...). I przed tym, czego chcę. A chcę, żeby wreszcie było normalnie. Poważnie, dorośle. W końcu jestem już stary, nie mam czasu na kolejne zabawy, nie chcę kolejnych zabaw, braku zobowiązań. Chcę czegoś zaangażowanego (z dwóch stron, do cholery!), czegoś poważnego, czegoś z zobowiązaniami, czegoś... zwyczajnego, ze wspólną przyszłością. Czegoś, o czym zawsze marzyłem. Ale widocznie na to nie zasługuję. Mógłbym wysrać tęczę, stanąć na głowie i zaklaskać uszami (co już prawię robię), a i tak niczego to nie zmieni.

1 komentarz:

  1. Pocieszę Cię, że mam tak samo, człowiek pragnie tej stabilizacji, a tutaj na horyzoncie brak takich widoków, musi być lepiej, tak uważam. Ściskam wirtualnie! :)

    OdpowiedzUsuń